Jako że piątek się jeszcze nie
skończył, a właściwie dopiero zaczął, nie spisuję go na straty.
Niestety, w kwestii dni wymienionych w tytule - ani pobiegać się nie
udało, ani poćwiczyć, ani poskakać, nic. Trudno to ogarnąć, jak się
kończy robotę przed 18, później wariacko zdążyć na angielski i pomóc
kuzynowi z pracą licencjacką. Co jak co 23:00 to dla mnie trochę za
późno na ćwiczenia.
Nie
wiem, jak to zrobię, ale muszę wygospodarować choć trochę czasu na
ćwiczenia. Czas przewartościować mój mikro świat. Chciałabym dojść do
takiego stanu, że "trening - rzecz święta". nieruszalna. Dopiero wtedy
można osiągnąć sukces. Póki co cieszę się, że mam energię na wszystko
inne i nie wpadam w dołek "nie chce mi się". To niedopuszczalne! ;)
Chyba, że jest sobota wieczór :D
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz